Wycieczka do Czech 2012

23.08.2012

Budzik nastawiony na 5.30 dziwnym trafem został wyłączony. Ponownie zadzwonił 15 minut później- dla mnie. Dla Tomka- pół godziny później… .

Zaczęło się pakowanie (no bo po co się pakować dzień wcześniej, skoro można w ostatniej chwili?:-) Mieliśmy wyjechać o 7mej, ale spóźniliśmy sie raptem 20 minut… . Najpierw musieliśmy zawieźć Rudą do siostry Tomka. Rudzielec miał jechać z nami, ale dzień wcześniej dowiedzieliśmy się, że jadąc za granicę, pies musi mieć paszport (wyrobiony miesiąc wcześniej) oraz chipa. No i dupa. Na szczęście Agata zgodziła się popilnować Rudą… uf… .

Drogę mieliśmy bardzo udaną. Szczególnie przez pierwszą godzinę, kiedy lało i błyskało się (jesteśmy już przyzwyczajeni do takiej pogody na naszych wymarzonych wyjazdach…).

Przystanek zrobiliśmy w Libercu, który bardzo nam się spodobał. Rynek przepiękny, kamienice cudne! Spędziliśmy tam tylko godzinę, ale i tak byliśmy pod wielkim wrażeniem.

Niecałe 2 godziny później dojechaliśmy do Pragi. Nasz hostel jest na obrzeżach miasta, więc szału tu w okolicach nie ma (wybraliśmy to miejsce, bo było bardzo tanie- 100 zł za dobę dla 2 osób- i można tu było przyjechać z psem…eh..) Podeszliśmy pod drzwi, pukamy, dzwonimy… cisza…nagle słyszymy jakąś babinkę z II piętra… Coś tam do nas krzyczała i zrzuciła nam klucze. Weszliśmy. Dowiedzieliśmy się, że babinka nie miała podanej informacji, że przyjeżdżamy, ale na szczęście nie musieliśmy się wykłócać o to, że wpłaciliśmy już zaliczkę. Babinka okazała się sympatyczną starszą panią, tylko obiecała nam, że jak ją w nocy obudzimy, to nas zastrzeli;p

Pokoik jak za takie pieniądze dość przyzwoity, choć lekko brudnawy tu i ówdzie. No ale w końcu przyjechaliśmy tu zwiedzać, a nie siedzieć w pokoju! Pokój jest na strychu i jest tu strasznie gorąco i panuje lekki smrodek…ale jak się go wywietrzy niewielkim okienkiem, to daje radę:-)

Auto zostawiliśmy na parkingu pod hostelem i udaliśmy się na metro. Stwierdziliśmy, że tak będzie taniej i najszybciej. Nie myliliśmy się, chociaż nie obyło się bez małej przygody… : Grzecznie kupiliśmy bilety, przeszliśmy przez bramki, weszliśmy do naszego metra, szukamy kasownika, drzwi się zamknęły, kasownika dalej nie ma, aż tu nagle jakaś pani mówi nam, że bilety na metro kasuje się na górze, przy bramkach, przed białą linią! Ups! Na szczęście następny przystanek był już za chwilę i wysiedliśmy. Skasowaliśmy bilety i wsiedliśmy z powrotem… .

Zwiedziliśmy dziś: Stare miasto, most Karola, Wełtawę, plac Wacława, dzielnicę Żydowską i Tańczący Dom.

Plac Wacława jest idealnym miejscem dla turystów z kasą, a nie takich jak dla nas- jadących na oparach;-/ Wypasione sklepy, resturacje… nic, tylko szaleć i szaleć… Odkryliśmy knajpkę, która sprzedaje bubble tea- rewelacyjna sprawa!!! Tego dnia było strasznie gorąco, więc baaardzo zimny napój doskonale ugasił pragnienie, a kuleczki z tapioki były niesamowitym dodatkiem.

Rynek oczarował mnie przepięknymi kamienicami (w zasadzie całe centrum ma takie kamienice) i ciekawym zegarem Orłoja. Jak dla mnie było tam ciut za dużo ludzi i woleliśmy uciec w jakieś klimatyczne alejki, których tam było pełno.

Most Karola był również zawalony turystami, ale dało radę przejść i wrócić, a to najważniejsze! Widoki z mostu- rewelacyjne!!!

Natomiast jeśli chodzi o Tańczący Dom-  no cóż, kwestia gustu, jakoś nie zrobił na nas wielkiego wrażenia…<mnie już tak nogi bolały od łażenia po kamykach, że może dlatego nie okazałam domowi zbyt dużego ‚szacunku’;p ps.: dziewczęta!!! wybierając się do Pragi, chodźcie w trampkach, tudzież w adidasach! Pantofelki się nie nadają!!!!!!>

24.08.25

Nad ranem poczuliśmy w pokoju lekki chłodek. Zdziwiliśmy się bo nasz pokój jest cały czas niesamowicie nagrzany, a już najgorzej jest w łazience i ubikacji. Istna sauna!! Człowiek się wykąpie i ledwo wyjdzie spod prysznica, a już jest spocony…;-/

Ogarnęliśmy się, zjedliśmy bułkę z pasztetem (wyżeraliśmy go łyżeczką) i poszliśmy na metro. Chcieliśmy kupić 2 całodobowe bilety. Tomi podszedł do kasy, zaczął mówić po angielsku, a pani na to „tylko ruski i polski”… po czym dodała, że ma tylko 1 bilet, a drugi musimy kupić w automacie. I tu pojawił się mały problem. Nikt nam nie chciał rozmienić naszych ‚grubych’ pieniędzy… Trzeba było coś kupić…Ok, udało się!

W metrze mieliśmy przesiadkę. Spotkaliśmy 2 niemieckie starsze pary. Dziadki prosiły o radę, na którym przystanku mają wysiąść. Wytłumaczyliśmy im, po czym podjechało metro. Pomimo tego, że metro miało wyświetloną nazwę z naszym miejscem docelowym (dziadki miały jechać tym samym metrem co my), nie zgadzał nam się kolor metra z tym co jest na mapie. Nie wsiedliśmy więc i dziadkom też powiedzieliśmy żeby nie wsiadali. Metro odjechało. Niemcy odeszli, a my zaczęliśmy główkować. Skapnęliśmy się, że kolory na mapie nie odpowiadają kolorom wagonów (a tak jest np. w londyńskim metrze). Metro podjechało, wsiedliśmy, drzwi się zamknęły, odjeżdżamy, patrzymy… a dziadki zostały czekając na odpowiedni kolor metra!! (Widząc ich wcześniej jak rozmawiali z innymi osobami, byliśmy pewni, że im wytłumaczono co i jak… ;-/). Przejechaliśmy 2 stacje, ale sumienie nas gryzło i wróciliśmy po nich. A oni tam dalej stali nad mapami… . Podbiegliśmy do nich, wytłumaczyliśmy im co i jak, a oni nam dziękowali że po nich wróciliśmy:-)) I wsiedliśmy razem do czerwonego wagonu zielonej linii…  Śmiechu było co niemiara:-)

Zwiedziliśmy dzisiaj dzielnicę Mała Strana oraz Hradczany z ogrodami. Bardzo podobał nam się widok z zamku na panoramę miasta i na czerwone dachy domów… . Było bardzo gorąco, ale widoki były niesamowite, więc staliśmy tam i staliśmy… I nie przyszło nam do głowy, że zaraz będzie zmiana warty. Tłum się zbierał i zbierał, a my staliśmy i podziwialiśmy widoki, aż usłyszeliśmy orkiestrę:-) Załapaliśmy się tylko na czubki głów strażników, hihi.

Połaziliśmy chwilę po placu i weszliśmy w pierwszą lepszą alejkę. A tam ukazała się nam meega wielka katedra. Usiedliśmy w cieniu na betonie, patrzyliśmy i było nam dobrze. (Przy okazji musieliśmy zacząć kasować zdjęcia z aparatu, bo nasza karta 4GB okazała się za mała…;-/)

Z zamku schodziliśmy ogrodami (tymi bezpłatnymi).

Nagle, na schodach spotkaliśmy niesamowitą knajpkę- w oknie. Dziewczyny, przecudnie ubrane, sprzedawały krepsy i trdelniki. Z zaciekawieniem patrzyliśmy na te trdelniki i stwierdziliśmy, że musimy je spróbować (kosztem smażonego syra…). Ja zamówiłam wersję czekoladowa, a Tomi z powidłami. Usiedliśmy na schodach i się nimi delektowaliśmy… Były pyszne!!! (Na szczęście znalazłam przepis i spróbujemy je zrobić samemu, w domowych warunkach. Może i nie będą identyczne, ale co tam:) Polecam!

Następnie podreptaliśmy na Kampę. Niby miało być tam taak cudownie, ale jakoś nas nie ruszyła- może weszliśmy od d** strony?;p Przeszliśmy się parkiem, obejrzeliśmy galerię zdjęć z czasów powodzi, która miała miejsce 10 lat temu w Pradze, i udaliśmy się w stronę wysepki Detsky Ostrov, bo stamtąd miał niby płynąć stateczek… I tu się zaczęło… Wiedzieliśmy, że mając całodobowy bilet na komunikację miejską, będziemy mogli skorzystać z mini rejsu po rzecze. Napaliliśmy się strasznie na tą małą przygodę… Idziemy na wyspę, stopy mnie napierdzielaja (durne pantofelki!!!!), a tu kicha. Brama zamknięta… Stwierdziliśmy że pójdziemy dalej, na mostek. Przeleźliśmy mostkiem, wleźliśmy na wysepkę, idziemy do drugiej bramki- bramka zamknięta!!! Widzimy ludzi, widzimy pierdzielony stateczek, no i dupcia..nie dało rady tam wejść…;-/ Nie wiem, może te informacje, które mieliśmy podane były już nieaktualne…Nie wiem…Grunt, że stateczek odpłynął. Bez nas.

Źli, podjechaliśmy tramwajem i metrem do domu, żeby chwilę odpocząć. Chcieliśmy bowiem zobaczyć Pragę nocą, a wiedzieliśmy, że jak zostaniemy przez całe popołudnie w centrum, to nie dotrwamy do nocy. Dzięki temu wróciliśmy wypoczęci wieczorem:-)

Chcieliśmy znaleźć knajpę, która polecił nam nasz kumpel Janek. Szukaliśmy, szukaliśmy…aż w końcu się poddaliśmy…Trafiliśmy za to do restauracji jak marzenie (ul. Vladislavova)… Większą część knajpki zajmowała otwarta kuchnia…Taka wypucowana, śliczniutka, och ach… Niestety kucharze nie mieli akurat zbyt dużo do roboty, jedynie zupka im pyrkała, więc nie można ich było podejrzeć w pracy…

Marzeniem Tomka było podejść do prawdziwej, czeskiej knajpy, z ‚drewnianymi, nierównymi stołami’…

Udało się! Znaleźliśmy bar ‚U Zlateho Tygra‚. Jeny, co tam był za klimat!!! Wchodzimy, a tam, duszno, parno, dym z papierosów, pełno chłopów…to jest to! Pan nam pokazał gdzie możemy usiąść, i ledwo posadziliśmy nasze tyłki, dostaliśmy piwo! Nie zdążyliśmy go nawet zamówić. Oprócz piwa, pan położył nam karteczkę i dopisał 2 kreski (=2 piwa). Polecam Wam to miejsce!!! Było genialnie!!!!

Kolejny dzień przeznaczyliśmy na łażenie po rynku i placu Wacława. Tym razem w byłam w trampkach. Trafiliśmy też na bazarek, na którym kupiliśmy mega wielką czekoladę „Studentska”. Kiedy podchodziliśmy do stoiska z czekoladami, zagadała do nas sprzedawczyni…Była taka milutka, pytała skąd jesteśmy i w ogóle… Kiedy po kilku minutach wróciliśmy do niej po tą czekoladę, zapłaciliśmy, odchodzimy, skapnęliśmy się że babka nam źle kasę wydała…Przed wyjazdem słyszeliśmy, że trzeba uważać na sprzedawców, bo nieraz ‚źle wydają’…. Wróciliśmy do babki, zwróciliśmy jej uwagę, a ona potulnie oddała nam naszą kasę… No heloł!!!!!

Wyjazd był naprawdę mega udany i z miłą chęcią tam powrócimy! Po Pradze poruszaliśmy się dosyć płynnie, zwiedziliśmy większość rzeczy, które sobie zaplanowaliśmy, a poruszanie się po mieście bardzo nam ułatwiła mapka z EMPIKu oraz informacje od Kasi z jej strony Złota Praga.

P.S Info dla kierowców!: Wjeżdżając do Czech pamiętajcie o winietach!!!!

Reklamy