Szkocja- obóz językowy 2011

Dostałam propozycję wyjazdu do Szkocji jako lektor, bez Tomka. Tomi bowiem w tym czasie wyjechał na obóz językowy Londyn- Paryż. Miałam podjąć decyzję czy jadę, tego samego dnia. Zgodziłam się.

Już na samym początku miałam niemiłą niespodziankę. Miałam czekać pod ogrodem botanicznym na autobus i tam się spokojnie zapakować i zająć miejscówkę. Czekałam tam prawie godzinę, a autokar nie przyjechał! Pilot pierdoła- nie powiadomił mnie, że kierowcy nie wiedzieli o tym, że mają po mnie przyjechać. Organizator wyjazdu, Włodek był na nich wściekły. Ja bardziej. Musiałam wziąć drugą taksówkę, żeby pędem podjechać pod Palmiarnię, na miejsce zbiórki…. No i byłam tam jako jedna z ostatnich- niezłe wejście… Nie dość, że w ostatniej chwili, to jeszcze mnie wypchnięto z mojego miejsca i musiałam siedzieć na środku autobusu (najgorsze miejsce dla opiekunów). No cóż…

Ledwo co opuściliśmy parking pod Palmiarnią, musieliśmy wrócić bo K. zapomniał swoją torbę. I dawaj cała wycieczka musiała się cofnąć….

Droga minęła całkiem szybko. Miałam dla siebie 2 miejsca, więc mogłam przynajmniej nogi rozprostować (jakiś plus się znalazł:-). Jechałam z Kamilą – żoną Filipa, z którym mieliśmy spotkać się na miejscu, i który miał być naszym głównym pilotem; z  tymczasowym pilotem pierdołą K.; i lektorami- Kaśką i jej Łukaszem. Na miejscu spotkaliśmy się też z naszą Kuchnią- Anią i Rafałem.

Z resztą załogi spotkaliśmy się u Gordona w ośrodku skautowskim. Uczniowie się dziwili, „co to za zjazd łajfek?” (Kamila spotkała się z Filipem, a ja z Tomkiem) – swoją drogą przypadkowe podsłuchiwanie rozmów dzieciaków w kibelku dawało nam niezłą frajdę. Tego samego dnia zwiedziliśmy niezbyt lubiany przeze mnie Londyn. Na szczęście zwiedzaliśmy go od trochę innej strony, niż zwykle, więc zrobiłam parę fajnych fotek.

Po południu spakowaliśmy się i pojechaliśmy na nocleg do innego hostelu. Troszku się łezka w oku zakręciła, kiedy wsiadałam sama do tego autokaru. Miałam tam jechać sama z 2 parami…. eh… Na szczęście Kuchnia też mogła z nami zwiedzać Edynburg, więc się z nimi spiknęłam i każdą wolną chwilę przesiadywałam w garach- ach ten pamiętny bigos o 2 w nocy…

Kiedy podjechaliśmy do hostelu, dostałyśmy z dziewczynami kartę/ wejściówkę do naszego pokoju. Wtaszczyłyśmy nasze ciężkie bagaże, odnalazłyśmy swój pokój i jakie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że nasza karta nie działa. Próbowałyśmy na wszelkie sposoby i nic. Po paru minutach okazało się, że… weszłyśmy do innego hotelu! Nasz był parę kroków dalej. No i dawaj z torbami… ale co się uśmiałyśmy, to nasze!

Do Bonaly Camp Centre w Edynburgu wjechaliśmy późnym wieczorem. Miałam ten sam pokój i łóżko co rok temu. Ta sama wilgoć i delikatny smrodek, pająki… Nic tu się nie zmieniło od mojego ostatniego pobytu.

Codziennie, zaraz po śniadanku, czyt. zaraz po tostach, były 3-godzinne zajęcia, potem obiad i zwiedzanie okolicy. Dreptaliśmy królewską milą, podeszliśmy na cmentarz koło Bobbiego, piknikowaliśmy na Princes St. Gardens, moczyliśmy nogi w Morzu Północnym, robiliśmy zakupy w Tesco i w Primarku, pojechaliśmy do mojego ulubionego ogrodu przy Scone Palace, moknęliśmy w Hajlandach, podziwialiśmy widoki z zamku i wdrapaliśmy się na Holyrood.

 

 

 

Nie obyło się też bez kilku przygód…

Pojechałam do Szkocji z obitymi i posiniaczonymi kolanami (miałam mały wypadek na zakończenie roku szkolnego). No i któregoś pięknego wieczoru zasłabła jedna z uczestniczek wyjazdu. A że było to późno w nocy i wszyscy już spali (ja jeszcze oglądałam serial z Rafałem), my najszybciej do niej pobiegliśmy. Zapomniałam, że byłam w japonkach i biegnąc po schodach, potknęłam się i zaryłam kolanem w stopnie. Dorobiłam się kolejnych siniaków…. To się nazywa poświęcenie! Do tej pory mnie wszystko boli.

Któregoś pięknego dnia poszliśmy z Kuchnią i Kamilą do sklepu po chleb na nasze ulubione tosty. Niestety nie mieli 15 bochenków i kierowcy autokaru zgodzili się nas podwieźć do Tesco bo i tak tam jechali, żeby zatankować. Wracając ze sklepu, żartowaliśmy, że po co nosić tyle chleba, skoro możemy pożyczyć wózek. Kierowcy podłapali nasz pomysł i spakowali go do autokaru!!!! Lekko się zdziwiliśmy, bo to miał być tylko żart… I w ten oto sposób wózek trafił do Bonaly… Przydał się nam potem w ośrodku, bo potem napełnialiśmy balony wodą i mieliśmy w czym je przetrzymywać. Wózek 2 dni później wrócił do Tesco:-)

Dni w Edynburgu minęły mi bardzo szybko. Były małe problemy z zapakowaniem się, bo troszkę przybyło mi zakupów- w to był dopiero początek… Odwiedzaliśmy sklepy, w których były mega promocje. Niektórych rzeczy same się prosiły o ich kupienie, bo były aż śmiesznie tanie… M.in. nakupiłam tyle herbat, że na pół roku powinno starczyć. A biorąc pod uwagę fakt, że za miesiąc wracam do Londynu….. hihi. Moimi ulubionymi sklepami stały się Primark i Poundland. Nic, tylko kupować, kupować, kupować…

Przedostatnią noc spędziliśmy w Canterbury w Ihaaaa. Były tam okropne prysznice, w których woda leciała tak jak chciała, a w zlewach były 2 krany. Totalna głupota! Na drugi dzień czekało na nas śniadanko- marzenie. Francuskie rogaliki, cieplutkie bułeczki, jogurty, musli, angielskie śniadanko, soki owocowe, kawunia….Pojedliśmy za wsze czasy!

Zaraz po śniadaniu zapakowaliśmy się do autokaru i poszliśmy zwiedzać miasto. Moje miasto. Odpuściłam sobie zwiedzanie katedry, bo byłam tam roku temu i zamiast mnie poszła Ania. W tym samym czasie poszliśmy z Rafałem na zakupy… Bardzo udane zakupy….Tomi się wystraszył jak mnie potem zobaczył z tyloma siatkami….No, ale tam był Poundland…. hihi

Po prawie czterogodzinnym łażeniu po deptaktu udaliśmy się z Kuchnią do ośrodka, żeby cichaczem podgrzać zupę- byliśmy już odmeldowani i teoretycznie mieliśmy zakaz wstępu. Kiedy wycieczka wróciła, spakowaliśmy zupę i pojechaliśmy w kierunku Eurotunelu.

Droga do Polski bardzo mi się dłużyła i pomimo tego, że byłam dość padnięta, miałam problemy z zaśnięciem. Wszyscy już spali, a ja liczyłam samochody na autostradzie;p

W Zielonej Górze byliśmy chwilę przed 10tą. Wyjazd zaliczam do udanych!

Reklamy