Long Way Round Bieszczady 2011

14.07

Plan był następujący: budzimy się o 3 nad ranem i wyjeżdżamy o 4.

Nie wyszło.

W nocy była mega burza z piorunami i dosyć późno zasnęliśmy (po północy). Budzik dobudził nas o 3.30. Zanim się zebraliśmy i dopakowaliśmy była już 5 rano. Zaskoczyła nas ilość toreb, ale NAPRAWDĘ wzięliśmy same potrzebne rzeczy. To co, że nie wzięliśmy butli gazowej, grzałki i termosu (to akurat przez przypadek) jadąc pod namiot. Wszystkie inne duperele wydawały się nam być potrzebna na przetrwanie kilku dni w Bieszczadach.

Tomek był już w tych górach 2 lata temu na wyprawie rowerowej i bardzo chciał tam wrócić. I dlatego też wybór padł na Bieszczady.

Pierwszy nocleg mieliśmy u mojej babci Zosi w Myszkowie. Po drodze zajechaliśmy do Olsztyna k. Częstochowy, w którym znajduje się zamek, a raczej to, co z niego zostało. Pogoda była przepiękna, słońce ostro grzało, a biorąc pod uwagę fakt, że byliśmy ubrani na czarno, było nam dość cieplutko… . Sandałki bez podeszwy też nie ułatwiały sprawy (prawdziwi turyści). Zamek był ciekawy i bardzo nam się podobał. Szkoda tylko, że zarówno wstęp jak i parking były płatne, no ale z czegoś muszą w końcu utrzymać te gruzy.

Następnie podjechaliśmy do Poraju nad jezioro. Ja, ubrana w biały kapelusik z Auchan i okulary z Poundland’u brodziłam po brzegu jeziora zastanawiając się, czy aby nie załapię jakiegoś grzyba w tej mętnej, zielonej wodzie… .

Jest wieczór. Grzyba brak. Omawiamy jutrzejszą trasę i zbieramy siły na nadchodzące dni.

15.07

Obudziłam się rano z potężnym bólem głowy. Było mi słabo i miałam gdzieś poranne wstawanie.

Wyjechaliśmy o 10tej. Po drodze mijaliśmy Mirów, więc postanowiliśmy podejść pod zamek. Gdy tylko podeszliśmy pod górkę, oberwała się chmura. Lunęło. Mocno.

Schowaliśmy się w knajpce. Zamówiliśmy herbatkę (no bo bez termosu trudno wypić coś ciepłego w aucie). Zaprosiliśmy do naszego stolika pana Harlejowca. Jechał właśnie na zjazd motocykli do Myszkowa. Zaczął nam opowiadać o swoich przygodach podczas zlotów, a także o ciekawych miejscach do zwiedzenia. Polecał nam w szczególności Czeską Szwajcarię. Opowiadał też o zlotach Goldwing’a, atrakcjach, striptizach i o innych swoich przygodach.

Spotkaliśmy później tą międzynarodową brygadę fanów Goldwing’a na zamku w Ogrodzieńcu. Była tam też para z Zielonej Góry!

Zamek w Ogrodzieńcu przerósł moje oczekiwania. Jest najpiękniejszym zamkiem w całej Jurze Krakowsko- Częstochowskiej. I pomimo tego, że trochę tam żerują na turystach, to i tak warto tam podjechać. Zjedliśmy śniadanko na dziedzińcu i dreptaliśmy korytarzami po zamku. Było cudnie!

Po zwiedzaniu ustawiliśmy GPS’a na wszystkie atrakcje turystyczne w okolicy, z metą w Komańczy. Pomimo przeczucia, że zaraz po wyjeździe z zamku powinniśmy pojechać w lewo, posłuchaliśmy GPS’a i skręciliśmy w prawo. Jechaliśmy pięknymi wioseczkami, gęstymi lasami z bardzo wąskimi dróżkami, zbieraliśmy poziomki, załatwialiśmy potrzeby… .

Cieszyliśmy się otaczającą nas przyrodą. Jechaliśmy tak przez godzinę, kiedy nagle krzyknęłam: „Jaki podobny plac do tego wcześniejszego! O cholera! To ten sam kościółek! My już tu dzisiaj byliśmy!!!!!” I faktycznie… 10 km dalej mijaliśmy sklep, w którym kupiliśmy prowiant na śniadanie. Tylko że tym razem, przy ujęciu Warty skręciliśmy we właściwą drogę. Okazało się, że GPS od nowa zaczął nas prowadzić w te same atrakcje… Zrestartowaliśmy go.
W szczerym polu w Zabawie rozłożyliśmy karimatę, wyciągnęliśmy parówki i pasztet i wcinaliśmy nas obiad. Miejscowi trochę dziwnie na nas patrzyli.

Zaraz po Zabawie zaczął się koszmar. Lunął deszcz, widoczność spadła do 5 metrów i nie było już słychać żadnych odstępów między grzmotami. Napierniczały jeden za drugim. Zaczął się pokaz pirotechniczny. Nigdy w życiu nie przeżyliśmy takiej burzy. Co gorsza, podążaliśmy z burzą w tym samym kierunku. Potem dopadł nas grad. Ta wspólna podróż trwała 2 godziny! Aż do samej Komańczy.

Podjechaliśmy do schroniska PTTK, ale niestety nie było już wolnych miejsc. Bardzo żałowaliśmy, bo w schronisku była super atmosfera i klimacik. Podano nam adres do Agroturystyki (Komańcza 18, tel. 134677119). Przemoczeni, zmęczeni dotarliśmy na miejsce. Na szczęście nie było żadnego problemu i mogliśmy razem z Rudaskiem przenocować. Jest tu tak fajnie (i dość tanio- 25 zł za osobę), że postanowiliśmy zostać tu na 3 noce.

16.07

Do późnych godzin nocnych grzmiało i błyskało się. Pobudkę zorganizował nam Rudzielec, który co chwilę szczekał, a nam zależało na tym, żeby nie obudziła innych gości. Zasypialiśmy- szczek- opierdziel i tak w kółko do 8.30.

Lekko się zdziwiliśmy kiedy zza chmur wyszło słońce! Zjedliśmy śniadanko, spakowaliśmy się i podreptaliśmy do Klasztoru Nazaretanek, który jest zbudowany w stylu nowoorleańskim. W latach 50tych przetrzymywany tu był kard. Stefan Wyszyński.

Naszymi następnymi punktami atrakcji były: cerkiew prawosławna i jeziorka Duszatyńskie.

Podjechaliśmy autem pod Duszatyn (wkurzając przy tym zmęczonych turystów) i z tego miejsca udaliśmy się piechotą nad jeziora. Szliśmy półtorej godziny. Nie straszne nam było słońce, błoto czy końskie muchy. Najwięcej frajdy miała Ruda, która tarzała się w błocie, żabich trupach i innych paskudztwach.

Jeziorka, które powstały ponad 100 lat temu w dalszym ciągu są traktowane przez miejscowych jako magiczne. My również odczuliśmy tą magię. Hihi.

Następnie podjechaliśmy do Turzańska, do kolejnej cerkwi. Spocony pan przewodnik opowiedział nam historię tej cerkwi, a na zakończenie poprosił o wysłanie SMS’a na konkurs „ Podkarpackie Perły w Koronie 2011” . Trochę nas to zaskoczyło, ale wysłaliśmy.

Wieczorem poszliśmy na pobliską polanę i piwkowaliśmy.

17.07

Dzień zaczęliśmy od porannego wylegiwania się.

O 11tej wyruszyliśmy w stronę Cisnej. Tuż za Komańczą zatrzymaliśmy się w środku szczerego pola, żeby podziwiać widoki.

5 minut później skręciliśmy nad rzekę Osława. Władowaliśmy się w rwący nurt potoku. Było ślisko jak cholera. I znów te końskie muchy… .

Po kilku kilometrach minęliśmy pasącego się przy drodze żubra!!! Niestety nie udało nam się go sfotografować, bo zwinnym krokiem pohasał w stronę lasu.

W Cisnej wsiedliśmy do Bieszczadzkiej kolejki pojechaliśmy w stronę Słowacji. Kupiliśmy sobie ‘za granicą’ pamiątkę, ale ją zeżarliśmy w pociąg:-) Zgodnie stwierdziliśmy, że pomimo cudnych widoków, przejażdżka była zbyt długa i nudna (trwała półtorej godziny).

Następnie udaliśmy się do centrum Cisnej. Przeraziła nas ilość aut i turystów. Wszędzie ich było pełno, albowiem tegoż dnia Dni Cisnej odbywały się tam. Można było nabyć drogą kupna donaty, dmuchane konie, skórzane róże i peruki. Na obiad poszliśmy do Siekierezady na karkówkę z łoscypkiem i żurawiną, hej! – przydała się nam zmiana w diecie chińskiej z macą.

Po sutym obiedzie pojechaliśmy do Soliny (Solajny), nad tamę. Przedarliśmy się przez tłum turystów i budek z pamiątkami i wreszcie byliśmy u celu podróży. Tama faktycznie robi wrażenie, ale porównując ciche zadupia i Solinę, zdecydowanie wolimy zadupia.

Wracaliśmy przez Huzele, a przed Szczawnem zatrzymaliśmy się na drodze i rozłożyliśmy się na polu. Wcinaliśmy macę z pasztetem. Kiedy tylko Tomasz poczuł klimat, zmrużył oczka i przeniósł się w ramiona Morfeusza, to ja zarządziłam, że czas już na nas. Standard.

18.07

Dwa lata temu wzięliśmy ślub. Dzisiaj była nasza rocznica. Postanowiliśmy ten dzień spędzić wyjątkowo.

Jest wieczór. Nic wyjątkowego się nie wydarzyło.

Rano opuściliśmy Agroturystykę z zamiarem rozbicia naszego nowozakupionego namiotu z Kerfura. Kemping znaleźliśmy w Ustrzykach Górnych. Nie było najmniejszego problemu z rozbiciem namiotu. Nawet na pierwszy rzut oka zbędny ‘zapasowy’ pałąk okazał się być również przydatny- do tropiku (który i tak był cały czas zwinięty, bo przecież nie mogłam na kolanach włazić do namiotu bo mam cały czas stłuczone kolana!!!!!). Za 2 doby (z psem, autem, opłatą klimatyczną) zapłaciliśmy 81,60. Dla porównania- w pensjonacie w Komańczy, z dachem! zapłaciliśmy 100…. .

Na kempingu nie jest źle. Jesteśmy odgrodzeni od innych krzaczkami, mamy prąd, jedyny minus to śmierdzące kible i prysznic kropelkowy- rewelacyjnie myje się w nim głowę! Polecam wszystkim!

Zwiedziliśmy dzisiaj Muczne (jechało się głęboko w las, a na miejscu były cudne domki na wynajęcia). Warto wiedzieć, że kiedyś w Mucznym produkowało się potaż. Hihi. Wracając zatrzymaliśmy się na parkingu z cudnymi widokami i zjedliśmy brunch- bułkę z konserwą tyrolską.

Po południu pojechaliśmy w stronę Ustrzyków Dolnych (są nad Górnymi). Po drodze minęliśmy mnóstwo cerkwi, ale już nie mieliśmy sił, żeby je znowu oglądać. Wszystkie są piękne i do siebie podobne. 10 zwiedzonych nam wystarczy.

Zatrzymaliśmy się na parkingu w Lutowiskach z przepięknym punktem widokowym. Podżerając łoscypki delektowaliśmy się pięknymi widokami.

Podjechaliśmy też do kirkutu.

W Ustrzykach Dolnych jedyne co było fajne to budka z lodami. Nic poza tym nas nie zachwyciło. Wracając do namiotu zaczęło padać. Przynajmniej ręczniki powieszone na namiocie nam wyprało.

19.07

Pół dnia padało. Pół dnia spaliśmy.

Po południu przejaśniło się. Podeszliśmy do sklepu po jakąś pamiątkę. Nic nie kupiliśmy. Poszliśmy spać dalej.

Wieczorem znowu padało. Zapakowaliśmy się w śpiwory i zrobiliśmy konkurs pod hasłem „Czego dowiedzieliśmy się z Party – Życie Gwiazd?” i tak np. dowiedzieliśmy się, że Kożuchowska zagra w nowym serialu w TVN, Kate Moss wzięła ślub, dziecko Chylińskiej ma na imię Esterka (fuj), o nowej lasce di Caprio i o malowaniu paznokci a’ la Skrzynecka. To był bardzo pouczający wieczór.

20.07

Rano spakowaliśmy manatki i wyruszyliśmy do domu. Po drodze zatrzymaliśmy się w Sanoku w przepięknym skansenie (Welcome to Skansen!). Spędziliśmy tam jakoś 2 godziny i zjedliśmy obiad w restauracji, która podawała dania regionalne. Było pysznie! Do Zielonej Góry jechaliśmy ok. 11 godzin, a mieliśmy do przejechania 755 km. Jechało się nam całkiem dobrze, pomimo tego, że przez jakiś czas jechaliśmy w burzy.